ŚLĄSKIE GROBY LUDZI KOŚCIOŁA

NORBERT NIESTOLIK

KSIĄDZ PRAŁAT KONRAD SZWEDA

PIEŚŃ O MATCE KAPŁANA

Przyszedł na świat 31 grudnia 1912 roku jako jedno z szesnaściorga dzieci Pawła i Ludwini Szwedów mieszkających w Rybnickiej Kuźni, obecnie dzielnicy Rybnika. Ukończył szkołę powszechną w Orzepowicach a następnie Państwowe Gimnazjum Klasyczne w Rybniku. W roku 1934, za namową rybnickiego proboszcza Księdza Tomasza Reginka, rozpoczął studia w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk biskupa katowickiego Stanisława Adamskiego 25 czerwca 1939 roku. Pracę duszpasterską rozpoczął w swojej rodzinnej parafii Matki Boskiej Bolesnej w Rybniku. Niestety 1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa, która w bardzo znaczący sposób wpłynęła na dalsze losy kapłana. Rankiem, pierwszego dnia działań zbrojnych, wojska niemieckie wkroczyły do Rybnika.

Kościół św. Antoniego, obecnie bazylika, został poważnie uszkodzony pociskami artyleryjskimi. Ksiądz Szweda, pełniący wówczas posługę w świątyni, był zmuszony odprawić pierwszą wojenną mszę pod gołym niebem. Tego samego dnia przewodniczył pogrzebowi ofiar niemieckiej agresji, wśród których znaleźli się jego dwaj kuzyni. Przeniesiony do parafii w Świętochłowicach - Zgodzie, został wkrótce aresztowany za głoszenie słowa Bożego w języku polskim. Po zwolnieniu z więzienia, został ponownie aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

Tam jako więzień nr 7669 był świadkiem heroicznego czynu ojca Maksymiliana Kolbego, który dobrowolnie zgłosił się na męczeńską śmierć za współwięźnia Franciszka Gajowniczka. Ksiądz Szweda pracował w obozowym szpitalu, a następnie został przeniesiony do tej części obozu, w której przebywali więźniowie radzieccy. Był świadkiem pierwszych prób uśmiercania ludzi przy pomocy gazów trujących. Sam wiele razy cudem uniknął śmierci. Z narażeniem życia niósł pomoc chorym, spowiadał, udzielał Komunii Świętej, podnosił na duchu wątpiących, przygotowywał na śmierć.

Dnia 5 czerwca 1942 roku wraz z grupą polskich księży został przewieziony do obozu w Dachu i tam 29 kwietnia 1945 roku przeżył radość z odzyskanej wolności. Po wojnie objął funkcję kapelana obozu polskiego we francuskim Decize. W marcu 1946 roku powrócił do Polski, do rodzinnej Rybnickiej Kuźni. Decyzją władz kościelnych został przeniesiony do parafii Świętych Piotra i Pawła w Świętochłowicach, następnie do parafii Marii Magdaleny w Cieszynie, gdzie za głoszenie prawdy i niezłomną postawę kapłańską został przez komunistyczne władze miasta zmuszony do jego opuszczenia. Cztery lata pracował w Piekarach Śląskich, aby w roku 1953 objąć probostwo w Chudobie.

Również tam, jako kapłan wierny prawdzie, piętnujący odważnie zło czasów stalinowskich, stał się obiektem ataków władzy. Był przesłuchiwany w Powiatowym Urzędzie ds. Wyznań w Rybniku, zajęto mu wszystkie meble, bezpodstawnie podwyższano podatki, nie przydzielano materiałów budowlanych potrzebnych na konieczne remonty. Mimo represji nie poddawał się. 17 stycznia 1958 roku, po powrocie biskupów z wygnania, otrzymał parafię św. Floriana w Chorzowie, gdzie kontynuował prace związane z budową nowego kościoła. Przerwało je niespodziewanie aresztowanie pod zarzutem "udzielania korzyści materialnych urzędnikom w związku z wykonywaniem przez nich czynności służbowych".

Niesłuszny wyrok brzmiał - osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu. Proboszcz Szweda pracował w Chorzowie 23 lata, tworząc tam wzorowy ośrodek duszpasterski oraz zyskując uznanie Kościoła wyrażone otrzymaniem w roku 1964 godności prałata. Pełnił wiele funkcji ogólnodiecezjalnych. Był między innymi: dyrektorem Papieskiej Unii Misyjnej Duchowieństwa, członkiem Diecezjalnej Rady Duszpasterskiej, brał udział w pracach I Synodu Diecezji Katowickiej. W styczniu 1980 roku przeszedł na emeryturę. Jednak po niedługim czasie jeszcze raz objął funkcję proboszcza, tym razem w Łaziskach Górnych. Zmarł 28 lipca 1988 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu.

Pozostawił po sobie pamięć głosiciela płomiennych kazań, często transmitowanych przez radio. Był autorem ponad dwustu artykułów i dwóch książek: "Kwiaty na Golgocie" i "Ponieśli swój krzyż". Jako świadek występował w procesie beatyfikacyjnym Ojca Kolbe. Mieszkańcy jego rodzinnej Rybnickiej Kuźni nazwali jego imieniem osiedle mieszkaniowe wraz z jego główną ulicą. Przepojone goryczą życie księdza Szwedy wywarło wpływ na jego niezwykłą duchowość. Był świadkiem zniewolenia ludzi w okresie faszyzmu i stalinizmu. Mocno przeżył tragiczne wydarzenia wojenne dziejące się w świecie jego małej Ojczyzny związane między innymi z zamordowaniem czterdziestu bezbronnych pensjonariuszy filii Zakładu Psychiatrycznego w Rybniku. Czynu tego dokonali żołnierze Armii Czerwonej w Rybnickiej Kuźni w styczniu 1945 roku.

Ubolewał także nad tym, że hitlerowcy prowadzili masową likwidację umysłowo chorych, powołując się na niehumanitarną "Ustawę o zapobieganiu obciążenia dziedzicznego u potomstwa". Księdza Szwedę cechowała wielka miłość do ludzi, w tym szczególna do własnej matki. We wspomnieniach napisanych w roku 1978 w Chorzowie, odnalezionych dopiero po śmieci autora i opublikowanych niedawno w książce Józefa Kolarczyka "Śladami przeszłości Ziemi Rybnickiej" czytamy: "Kiedy udawałem się na studia teologiczne do Krakowa matka powiedziała: "Uklęknij synu. Nie damy ci pieniędzy, bo ich nie mamy, ale udzielimy ci błogosławieństwa rodzicielskiego i przyrzekamy modlić się za ciebie do końca życia".

O swojej matce pisał: "Była wrażliwa na słuchanie słowa Bożego i potrafiła je przełożyć na język czynów. Pytała nas o treść niedzielnego kazania i żądała zastosowania w życiu (...). Do modlitwy nie musiała nas zachęcać (...). Matka była wymagająca, niepobłażliwa, konsekwentna w swoich zasadach wychowawczych. Nie lubiła wygody, tracenia czasu (...).

Potrafiła włączać sprawy świeckie w sferę życia duchowego, nadając im wartość nadprzyrodzoną. Krzyże, cierpienia, choroby przyjmowała jako dary Boże (...), rozumiała, że dzieło uświęcenia oprócz łaski Bożej spoczywa w jej rękach, nie tylko złożonych do modlitwy, lecz także trzymających narzędzia pracy, wyciągniętych ku ludziom potrzebującym pomocy. Uczyła nas dzieci miłości bliźniego, która jest sprawdzianem miłości do Boga.

Po powrocie do domu nie ucałowałem jej ręki, bo już od roku spoczywała w ziemi. Pamiętam o niej w modlitwach, Ofierze Mszy Świętej, spełniając dług wdzięczności za wszystka, co dla mnie uczyniła." W tych słowach, swoistej pieśni syna skierowanej do ukochanej matki, mieści się kwintesencja godnego życia i miłości, lecz także śląskiego osądu tego, co ważne i cenne w człowieku.

[Rozmiar: 127297 bajtów] [Rozmiar: 118061 bajtów]

Kościół p.w. M.B. Królowej Różańca Świętego w Łaziskach Górnych

[Rozmiar: 128964 bajtów] [Rozmiar: 113993 bajtów] [Rozmiar: 123352 bajtów]

Fot. Piotr Ściborski

POWRÓT

POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ